Rozmaitości IV

23 maja 2916 r.

 
Zmienne nastroje i zmienne treści. Obrachunki bez  bilansu. Bilans sam nadejdzie, bez udziału autora.

Wyduszone z podświadomości, która czasem dokucza. Oczyszczają jaźń. Niech zagnieżdżą się w jakimś zakątku kosmosu, ktoś znajdzie je w anty Ziemi i pochwali autora? Wszak i tam podobno dociera Internet? Pisane w pospiechu, bo czas podobno przyspiesza, jak głoszą kosmolodzy?  A więc mało udane, nie dorównują Mickiewiczowi.

 

M o d l i t w a  
s z c z e g ó l n a

Rozszerz nam horyzonty
Panie wszechwiedzy
Modlitwą najlepszą
Kradzież zagadek
Schowanych po katach
Szukanych po omacku
Przez zawziętych myślicieli
Wybacz kradzieże
Z twojej książnicy
Pisanej lat miliardy
Od chwil początkowych
Owego błyśnięcia
Osobliwości
Zapisanej w księdze
Mądrej z najmądrych
Wszak my podobni
A zatem i krnąbrni
Ciekawi zagadek
Choć mąci nam namysł
Mag chaosu i
 Kasandra błędu
Gdzie mamy Cię szukać
W odmętach dalekich
U krańców  kosmosu
Czy blisko tuż w sobie
W  nurcie czasu rzeki
Aż przyjdą kresy
I poznamy resztę
Czy to nas uzdrowi
Odejmie spuściznę
Błędu pierwszego
Zagoi  bliznę
Naszej bezwiedzy
Studni samotnej
Platońskiej jaskini
Gdy kruki w niej siedzą?

L a m e n t a c j e

Dałem ci życie
Dałem ci miłość
Wiedzą wspierałem
Żyłem w zachwycie
Z nadzieją żyłem
A co zostało?

Co uczyniłem
Niezdarny ojciec
Obcy się wkradł
Jak mam to dociec
Czego mi  brak

Tylko trzy słowa
W roku dwa
Podania dłoni
Tęsknota trwa
I na tym koniec

A tam w oddali
Trwa zapomnienie
I ktoś wytrwale
Zasłania cieniem
Zmazuje słowem
Kradnie oblicze
Własne podmienia

Jest trwanie w celi
Zamknięcie szczelne
Już nie ma bieli
A smutek mgielny
Jest łza w głębinie
Światło  się kończy
Do reszty zginie
Co było słońcem

Źle się ułożył
Gościniec losu
W życiowej strudze
Spróchniały korzeń
Bez głosu
Marnieje w trudzie
Gdzie są spojrzenia?
Dotknięcia dłoni?
Brak nawet cienia
Ani ukłonu

  M i g a w k a

Taki był dom ten
Starowina siwa
Gdziem jako młodzian
Na wakacjach bywał

Taki był ogród
Pełen śliw i wiśni
Tam lśniła ona
Co nieraz się przyśni

Tam były blaski
Chęci nieprzystojne
Pozostawiły
Wspomnienia nie hojne

Wciąż na mych dłoniach
Czuję miękkość dłoni
I oddech słodki
Co gościł na skroni

Kilka chwil było
Odlotu ku wzgórzom
Dziś mi się tylko
W senny czas powtórzą

Losie zdradliwy
Rodzinna przeszkodo
Twoja i moja
Przeminęła młodość

    B  e  z      m  e  t  a  f  o  r

Ja też się pytam o niezdarny los mój
O przeszłość niby przecież całkiem znośną
Pytam dlaczego wtedy na tych drogach
Popchnął mnie jakiś tajemniczy magik
I zrozpaczony schwyciłem za wiosło
Chcąc płynąć gdzie bądź byle by do przodu
A tyle kłodów rzeka moja niosła
Czy nie należna mi jest dziś nagroda
Lecz ty żeś ślepy toś podsunął łatwo
Co było ziarnkiem  znalezionym  ślepo
Tak   mego trwania wykres się pogmatwał
 Nie prostą kresą jest  w układzie przeto
Poprzerywany  wielu zapadami 
Klęsk  było wiele niektóre jak  plamy
Ciążą i ciążą aż do kresu bytu
Zwycięstwa zwykłe bez racy fanfary
Patrzę i widzę za zasłoną myśli
Jaki się koniec ziści  za kotarą
Czy u pokoleń ślad pamięci zatli
Piszę najprościej bez zbędnych metafor
Niech pozostanie dla  potomnych znak ten


P r z e m i j a n i e
 
Minęły czasy czarnych meloników
Udały się do nikąd

Gdzie się podziała pani w krynolinie
Niech by stanęła taka przy mnie

Odeszła ostatnia dama w kapeluszu
Chusta ani beret mnie nie wzrusza

Weszły nóżęta obleczone w getrach
Dla moich oczu radość nie ta

Tego co dzisiaj u niektórych widzę
Tego się powstydzę

Koniec  nadchodzi wszech elegancji
Nie ma ni hrabiów i nie ma ni Francji

 M i g n i ę c i e     c z a s u

Po tamtej stronie lasu
Mieszka wspomnienie z pradawnych czasów

Tam na listowiu z przed laty wielu
Tańczą wspomnienie bez celu

Na korze drzewa  pozostały znaki
Że była ona i jeden taki

Do dzisiaj w szeleście listowia
O tamtej chwili las komuś opowie

Czas się rozdwoił  potem po połowie
Każda połowa w innej mieszka głowie

   
P i e r w s z a   p o l s k a   k s i ę g a



Wreszcie nadeszła ta pasja wprost z nikąd
Gdy pierwsze księgi  przyszło rozpakować
Radości wspólnej nie szło nam uniknąć
Na każdej stronie błyszczy polskie słowo

Niewielka paka skarby  z liter mieści
Oto powstaje w szkole biblioteka
Nowe rozdziały nowe w życiu treści
Wielka przygoda na uczniaka czeka

Wielka jest radość urwisów i panien
Którym dzieciństwo skradziono ze słowa
Tym  się należy od nas szanowanie
Przynieśli wolność wolną polska mowę

Nagle w mieszkaniu Ramzes siadł przy stole
I "Kwiaty Polskie" z oczu łzę wyciska
I "Muzykanta.."  podzielam niedolę
Zjadł bym od razu i pił księgi wszystkie

Z biegiem Horacy wstąpił do obiegu
"Aurea prima.."  zaryła się w pamięć
Aż odpłynęły jedne drugie śniegi
Czas się zakończył najszczęśliwszy dla mnie

O szkolna ławo!  Taki czas nie wróci
A pozostawił głowę w aksjomatach
A taki koniec każdego zasmuci
A los mnie potem z niewiadomym swatał

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz