Kolejnych kilka myśli pod prąd i ku chwale. Nie wycyzelowane, uproszczone, niewytworne, jak moich ulubionych Ildefonsów. Może rozbawią lub zmartwią kogoś, kto nie podziela myśli autora. Jak zwykle na diecie, bo bez interpunkcji, z lenistwa umysłowego opuszczonych kropek i kresek. Czytelnik, jeśli taki się znajdzie, niech je sobie sam powpisuje. Taka metoda autora wymusza uważne i powtórne czytanie. Zresztą bez nich i tak chyba treść jest zrozumiała.
Pośmiertna rozmowa z wodzem
Po co ci
wracać na koniu białym
Mogłeś
przyjechać zwykłym pociągiem
Powrócić
mogły twoje oddziały
Chociaż
przeciwnik wielce urągał
Powrócić
mogłeś w cywilnym palcie
A wojsko
w zwykłej czapce bez szabli
Mógłbyś
ochronić upadłych w walce
Tych co
straceni dla Polski podli
Twe
bohaterstwo było poręką
I
zaniechanie działań tajemnych
Lecz tyś
naraził na śmierć i mękę
Tych
najmężniejszych w tych czasach ciemnych
Wśród nas
zabrakło tysiąca braci
Co mogli
wesprzeć opory ciche
Skazałeś
na los z torbą tułaczą
Przyszło
im z żalu po nocach wzdychać
Nie
przemówiłeś tak jak niektórzy
Należy pusty
zaniechać opór
Nic nam
dobrego przyjdzie po Burzy
Praca
czekała na was nie topór
Więc nam
nie stało tysięcy waszych
I tych z pod bruków miasta tysięcy
Wtedy by
może ten się przestraszył
Co nam
narzucił niechciane więzy
Choć
znałeś mroki niedawnych dziejów
Gorycz
poznałeś i kazamaty
Wódz tyś
kolejny z tych bez nadziei
Co
przynosili nam tylko straty
B y ł a t a k a O f e l i a
To było
na ulicy
Ludnej
jak plaża w maju
Bukiecik
u kwieciarki
Mnie
zachwycił
Takiej w
chuścinie starki
Ty moja
towarzyszko
Nie
odmawiaj gestu
Domyślasz
się przecież
Zakochany
jestem
Fiołki w twojej ręce
Odpowiedź
radosna
Daruję ci
więcej
Każdą
wiosną
Każdym
latem jesienią
Niech się
w twych dłoniach mienią
To było
na ulicy
Ludnej
jak na pogrzebie
Gest mój
cię nie zachwycił
Fiołki
płakały rzewnie
Radość
zbłądziła w tłumie
Ofelio
niedostępna
Nadal
masz w sercu u mnie
Dla
wspomnień prawo wstępu
W s p o m i
e n i e p o ś m i e r t n e
Kupię
sobie kapelusz
To takie
romantyczne
W jego
wnętrzu jest czeluść
I czerń
jego jest śliczna
A w tym
kapeluszu
Będzie mi
do twarzy
Może
którąś tym wzruszę
I o mnie
pomarzy
A pod szyją założę
Muszkę w
kratkę zieloną
Ona mi
pomoże
Poprawić
posturę skromną
Stanę
na placu centralnym
Z po
dziadku katarynką
Czy w
deszcz czy dzień upalny
Smętne
pieśni popłyną
Papużka
z mego barku
Koperty rozda pannom
Z pierścionkiem
jak z jarmarku
Na radość
nieustaną
Katarynka
się rozleci
Kataryniarz
ze smutku zginie
To postać
z przed stuleci
Papużka w
dal popłynie
S ł u c h a j
ą c L a c r i m o s a
Duch nad
twym domem czuwał tej nocy
Deszcz padał
albo śnieg na miasto
Uruchomiły
się boskie moce
Na
prześcieradle krzyk narastał
To nie
był krzyk to melodia
Matka
pieściła cieszył się rodzic
Płynie
symfonia przez miasto co dnia
Muzyczny
bożek im się narodził
Ty grobu nie masz Amadeuszu
Królu nad
królem harmonii dźwięków
A twoje
Requiem mi śpiewa w uszach
Za co ci
składam niezdarne dzięki
Niechby twych tonów
wodze słuchali
Nie tylko
strojna publiczność w salach
Wielcy u władzy, w umyśle mali
Niech by
w akordach mieli rywala
Kontrapunkt lekiem na żal i smutek
Twego
allegro largo vivace
Bóg nie
wymyślił lepszych odtrutek
Dla tych
co w duszy myśli zapłaczą
Innym
zabrzmiewa gdy kres Dies Ire
Wdzięczna
ludzkości czci poskąpiła
Gdy tobie przyszło pokryć się kirem
Dziś wiat
jest cały twoją mogiłą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz