R o z m a i t o ś c c i VI

Czerwiec 2016 roku  

Kolejnych kilka myśli pod prąd i ku chwale. Nie wycyzelowane, uproszczone, niewytworne, jak moich ulubionych Ildefonsów. Może rozbawią lub zmartwią kogoś, kto nie podziela myśli autora. Jak zwykle na diecie, bo bez interpunkcji, z lenistwa umysłowego opuszczonych kropek i kresek. Czytelnik, jeśli taki się znajdzie, niech je sobie sam powpisuje. Taka metoda autora wymusza uważne i powtórne czytanie. Zresztą bez nich i tak chyba treść jest zrozumiała. 



Pośmiertna rozmowa z wodzem



Po co ci wracać na koniu białym

Mogłeś przyjechać zwykłym pociągiem

Powrócić mogły twoje oddziały

Chociaż przeciwnik wielce urągał



Powrócić mogłeś w cywilnym palcie

A wojsko w zwykłej czapce  bez szabli

Mógłbyś ochronić upadłych w walce

Tych co straceni dla Polski podli



Twe bohaterstwo było poręką

I zaniechanie działań tajemnych

Lecz tyś naraził na śmierć i mękę

Tych najmężniejszych w tych czasach ciemnych



Wśród nas zabrakło tysiąca braci

Co mogli wesprzeć  opory ciche

Skazałeś na los  z torbą tułaczą

Przyszło im  z żalu po nocach wzdychać



Nie przemówiłeś tak jak niektórzy

Należy  pusty  zaniechać opór

Nic nam dobrego przyjdzie po  Burzy

Praca czekała na was nie topór



Więc nam nie stało tysięcy waszych

I  tych z pod bruków miasta tysięcy

Wtedy by może ten się przestraszył

Co nam narzucił niechciane więzy



Choć znałeś mroki  niedawnych dziejów

Gorycz poznałeś i kazamaty

Wódz tyś kolejny  z tych bez nadziei

Co przynosili nam tylko straty



B y ł a  t a k a  O f e l i a



To było na ulicy

Ludnej jak plaża w maju

Bukiecik u kwieciarki

Mnie zachwycił

Takiej w chuścinie starki



Ty moja towarzyszko

Nie odmawiaj gestu

Domyślasz się  przecież

Zakochany jestem

Fiołki  w twojej ręce

Odpowiedź radosna

Daruję ci więcej

Każdą wiosną

Każdym latem jesienią

Niech się w twych dłoniach mienią



To było na ulicy

Ludnej jak na pogrzebie

Gest mój cię nie zachwycił

Fiołki płakały rzewnie

Radość zbłądziła w tłumie

Ofelio niedostępna

Nadal masz w sercu u mnie

Dla wspomnień prawo wstępu

W  s p o m i e n i e    p o ś m i e r t n e



Kupię sobie kapelusz

To takie romantyczne

W jego wnętrzu jest czeluść

I czerń jego jest śliczna



A w tym kapeluszu

Będzie mi do twarzy

Może którąś tym wzruszę

I o mnie pomarzy



A  pod szyją założę

Muszkę w kratkę zieloną

Ona mi pomoże

Poprawić posturę skromną



Stanę na  placu centralnym

Z po dziadku katarynką

Czy w deszcz czy dzień upalny

Smętne pieśni popłyną



Papużka z  mego barku

 Koperty rozda pannom

Z  pierścionkiem  jak z jarmarku

Na radość nieustaną



Katarynka się rozleci

Kataryniarz ze smutku zginie

To postać z przed stuleci

Papużka w dal popłynie





S ł u c h a j  ą c   L a c r i m o s a



Duch nad twym domem czuwał tej nocy

Deszcz  padał  albo śnieg na miasto

Uruchomiły się boskie moce

Na prześcieradle krzyk narastał



To nie był krzyk  to melodia

Matka pieściła cieszył się rodzic

Płynie symfonia przez miasto co dnia

Muzyczny bożek  im się narodził



Ty  grobu nie masz Amadeuszu

Królu nad królem harmonii dźwięków

A twoje Requiem mi śpiewa w uszach

Za co ci składam niezdarne dzięki
 

Niechby  twych tonów  wodze słuchali

Nie tylko strojna publiczność w salach 

 Wielcy u władzy, w umyśle mali

Niech by w akordach mieli rywala



 Kontrapunkt lekiem  na żal i smutek

Twego allegro largo vivace

Bóg nie wymyślił lepszych odtrutek

Dla tych co w duszy myśli zapłaczą



Innym zabrzmiewa  gdy kres Dies Ire

Wdzięczna ludzkości czci poskąpiła

 Gdy tobie przyszło pokryć się kirem

Dziś wiat jest cały twoją mogiłą


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz