Poniedziałek 24 kwietnia 2016 r.
Jeszcze kilka innych rozmaitości,
Jeszcze kilka innych rozmaitości,
napisanych dla własnej zabawy,
wypełnienia bezmyślnych chwil,
wyrażenia grzesznych poglądów,
albo wyrażenia ukrytych złości.
Ułożone niedbale, z rymem lub bez,
Napisane byle jak, a jednak słuszne.
Chyba jednak nie całkiem ostatnie,
R o z m o w a
z a s o b ą
Moja
dorożka, szkapa przyjaciel,
Turkotała
w zamierzchłym czasie.
Cieszyły
te strofy pierwsze,
Czytane w
prasie.
I to,
że kocham cię w kapeluszu.
Do
kochania było daleko.
A kiedy
blisko,
To gdzieś
uciekło
Nie
woziła mnie dorożka.
Po
Gdańsku, ani Krakowie.
Nie były
dobre mi czasy
Albowiem.
Gwaru
mi dano cały worek
Nie
dosłyszałem słów szeptem.
Czekania
było sporo.
Wciąż
było" przedtem" .
Konie
wymarły, wymarły dorożki
Zjawiło
się jakieś "potem",
Bez
wstążki, nieromantycznie
I bez
stukotu kopyt.
Nie ma
zaczarowania,
Słów
upragnionych.
Ni z
bliska, ani z daleka,
Z lewej i prawej strony.
Rozmowa
nie jak w dorożce,
Intymna i
szczera.
Prozaiczna i błędna.
Uwiera.
Z prawej
strony z rozpaczą,
Z lewej dawka kaleka,
Bliska w
języku obcym,
A czas
ucieka.
Mam
drugie ja w środku.
Jest
furtka można gaworzyć,
Rozmawiać
z sobą.
Nie jest
najgorzej.
Rozmowa
taka zaletą.
Można milczeć czy płakać.
Nikt nie
usłyszy.
Wygoda
taka
M y s l i
p r z e w r o t n e
Żal mi
cię Mistrzu
Za klęsk
twoich wiele
Że słów
tak prostych
Nie
potrafią wcielić
Których
posłałeś
Na stron
cztery świata
Nie
nauczyli
Niech
brat kocha brata
Głodni
nie dadzą chleba kruszyny
Nie
podaruje goły koszuli
Nieszczęsny
pociech smutnym nie uroni
Wzgardzony
tegoż nie przytuli
Bezdomny
bratu poskąpi gościny
Więziony
więźnia w celi nie nawiedzi
Gnębiony
brata od zła nie obroni
Płaczący
oczu nie obetrze w biedzie
A świat mógł
nie być tak ułomny
Bo więcej
sobie służą twoi słudzy
Dlatego
tylu na świecie bezdomnych
Biedak z
Asyżu na darmo się trudził
Następowały
za wiekami wieki
Były kacerze więc płonęły stosy
A twoim
sługom nie pomnym nauki
Coraz bogatsze pałace urosły
P a c h n i e
m i l a s
Sosna
choć chora
Niech
będzie mi bratem
Daleka
czy bliska
Przydrożna
lub leśna
Kto
ciebie nie kocha
To do
tego z batem
I dębie z
puszczy
Króluj
nam zwycięsko
Ozdobą
jesteś
W myśli
naszych kłębie
Ludzie na
urzędzie
Gotują ci
klęskę
Wierzba
nad strugą
Liście w
nurcie myje
Szelest
ucisza
Rybie
kłótnie w wodzie
Niechaj ktoś tknie cię
Tego we
dwa kije
Lasów nie
tykajmy
Ni
dzisiaj pojutrze
Królują
wiekami
Dzieciom
wnukom spadek
Nam
pociecha w trudach
Innych sądy głupsze
B a l
l a d a o
a p t
e k a
r z u
Była
mieścina
Całkiem
na uboczu
A w niej
dziewczyna
Ktoś coś
do niej poczuł
Mieścina
taka
Cztery
domy na krzyż
Już zna
chłopaka
Bo się na
nią patrzy
Chodził z
daleka
Bo był
tak nieśmiały
Był to
aptekarz
Aptekę
miał małą
Marzył
więc marzył
By
zachorowała
Niech jej
się zdarzy
Choć
przypadłość mała
W
kościele modły
Składał
na uboczu
Świat był
mniej podły
Gdy ja
czasem zoczył
Ani ją
głowa
Nigdy nie
bolała
Bo była
zdrowa
Też była
nieśmiała
Nabyć na
niby
Kropelki
na serce?
Byłby
szczęśliwy
Nasz
aptekarz wielce
W okienku
czekał
Aptekarz
z nadzieją
A czas
uciekał
I nic się
nie dzieje
Śnił
często nocą
Wiedzie
ją do ślubu
Złotą
karocą
Tę
najmilszą lubą
Wreszcie
się stało
Tak wielkie nieszczęście
Bo stać
się miało
Pojawił
się w mieście
Książę
bajeczny
I porwał
dziewczynę
Wcale nie
grzecznie
Słuch o
niej zaginął
A pan
aptekarz
Tkwi w swoim okienku
Na nic
nie czeka
Skonał
kwiat mu w ręku
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz